Jeszcze działa – publikuje, patentuje, tworzy technologie wykorzystywane w Europie. Ale coraz wyraźniej widać, że polska nauka funkcjonuje na granicy wydolności. Adam Kubas, dyrektor Instytutu Chemii Fizycznej PAN, mówi wprost: system, który miał ją wspierać, dziś coraz częściej ją hamuje.
Polska nauka od lat udowadnia, że potrafi konkurować na najwyższym poziomie. Instytuty badawcze publikują setki prac rocznie, rozwijają technologie trafiające do klinik i przemysłu, budują międzynarodowe zespoły. Problem polega na tym, że coraz trudniej utrzymać ten poziom w warunkach, które – zamiast sprzyjać – zaczynają ograniczać rozwój. Adam Kubas, chemik teoretyk i dyrektor Instytutu Chemii Fizycznej PAN w podcaście Fundacji Candela, nie pozostawia tu złudzeń: kluczowym problemem jest dziś finansowanie, ale nie w sensie abstrakcyjnych procentów PKB, tylko bardzo konkretnych konsekwencji dla codziennego funkcjonowania instytucji.

„Najważniejszym problemem są tak naprawdę finanse i możemy skwitować tę rozmowę jednym zdaniem: 3% PKB na naukę. Ale to nie bierze się znikąd. Jeśli spojrzymy na nasz instytut – 410 pracowników, ok. 90 mln zł budżetu rocznego, z czego mniej niż połowa to stabilne finansowanie – i porównamy to z instytutem partnerskim w Niemczech, który ma podobne wyniki publikacyjne i patentowe, to okazuje się, że oni dysponują niemal dwukrotnie większym budżetem” – powiedział Adam Kubas.
To porównanie nie jest tylko statystyczne. Za nim stoją konkretne możliwości – albo ich brak. Większe finansowanie oznacza nie tylko lepszą aparaturę, ale też zdolność do przyciągania ludzi, budowania zespołów i podejmowania bardziej ambitnych projektów. Polska nauka, jak wynika z tej perspektywy, nie jest mniej efektywna – jest po prostu znacznie bardziej ograniczona.
Pensje – temat, który wraca jak bumerang
Najbardziej fundamentalny problem, o którym mówi Kubas, nie dotyczy jednak aparatury czy grantów, ale ludzi. A konkretnie tego, ile im się płaci.
„Kluczowy problem polskiej nauki to są pensje. Nie da się budować pozycji nauki, nie da się przyciągać najlepszych ludzi do nauki, czy z zewnątrz, czy nawet na naszym rynku lokalnym, bez oferowania im rozsądnej pensji, podstawowej, za którą ci ludzie mogą utrzymać siebie oraz swoją rodzinę. Ona może być uzupełniana grantami, ale ta baza musi być stabilna” – mówi.
To zdanie wybrzmiewa szczególnie mocno w kontekście umiędzynarodowienia polskich instytutów. W IChF PAN niemal 40% pracowników to osoby z zagranicy, a ponad połowa doktorantów również pochodzi spoza Polski. To oznacza, że konkurencja o talenty jest globalna – a więc i warunki muszą być porównywalne. Bez tego nawet najlepsze zespoły badawcze będą się stopniowo wykruszać.
System, który sam tworzy nierówności
Finansowanie to jednak nie tylko jego poziom, ale też sposób dystrybucji. I tutaj – zdaniem Kubasa – system działa w sposób, który trudno uznać za racjonalny. Od kilku lat instytuty Polskiej Akademii Nauk realnie tracą finansowo, podczas gdy uczelnie zyskują.
Jeszcze bardziej problematyczny jest sposób finansowania doktorantów. Instytuty, które faktycznie prowadzą badania i kształcą młodych naukowców, często nie dostają na nich żadnych środków systemowych.
„W Instytucie Chemii Fizycznej mamy ponad 95 doktorantów i otrzymujemy kwotę równą dokładnie zero na doktoranta w stałej subwencji. To oznacza, że nie mogę planować żadnych inwestycji z uwzględnieniem tych ludzi, mimo że to oni współtworzą badania i przyszłość instytutu” – wyjaśnia Kubas.
To przykład mechanizmu, który w praktyce wzmacnia jedne instytucje kosztem innych – niezależnie od ich realnego wkładu w rozwój nauki.
„Czy ma nam kapać na głowę?”
Jednym z najbardziej symbolicznych fragmentów rozmowy jest kwestia infrastruktury. Instytuty, by funkcjonować, potrzebują nie tylko grantów, ale też sprawnych budynków i aparatury. Tymczasem system finansowania często ignoruje te potrzeby.
„Jeśli przez wiele lat składaliśmy wnioski o remont dachów – a to są inwestycje niezbędne do funkcjonowania instytutu – i za każdym razem były one odrzucane, bo nie służą działaniom naukowym, to ja się pytam: czy może nam kapać na głowę, a my mamy robić naukę na poziomie światowym?”
Kubas wychodzi też poza diagnozę i proponuje konkretne rozwiązania, szczególnie w obszarze komercjalizacji. Zwraca uwagę, że w Polsce dominuje narracja biznesowa – to biznes ma być głównym beneficjentem innowacji, a rola nauki często sprowadzana jest do dostarczenia „taniego pomysłu”.
„Jeśli biznes chce bardzo dobrze zarobić i tanio kupić, to podatnik musi zapłacić za wytworzenie innowacji w instytucji publicznej, a potem jeszcze zapłacić za produkt, który powstanie. My się na to nie zgadzamy” – mówi.
Dlatego w IChF PAN rozwijany jest model, w którym instytut aktywnie uczestniczy w tworzeniu spółek spin-off i zachowuje większą kontrolę nad rozwijanymi technologiami. To podejście ma nie tylko zwiększyć szanse na sukces komercyjny, ale też zapewnić, że wartość tworzona za publiczne pieniądze wraca do systemu nauki.
Granica została osiągnięta
Najważniejszy wniosek z tej rozmowy nie dotyczy jednak pojedynczych problemów, ale ich sumy. Polska nauka przez lata funkcjonowała dzięki wysokiej efektywności i zaangażowaniu ludzi, którzy byli w stanie osiągać bardzo dobre wyniki mimo ograniczeń. Dziś jednak ten model przestaje działać.
„Uderzyliśmy już w tym momencie w sufit. Nie jesteśmy w stanie wytworzyć takiej infrastruktury i takiego zaplecza, które pozwoli nam zdobywać więcej środków i dalej się rozwijać” – tłumaczy Kubas.
To moment, w którym dalszy rozwój nie zależy już od determinacji naukowców, ale od decyzji systemowych. Bez nich polska nauka może pozostać efektywna jeszcze przez jakiś czas – ale coraz bardziej kosztem ludzi i instytucji, które ją tworzą.
Z pełną treścią rozmowy z Adamem Kubasem warto zapoznać się podcaście Fundacja Candela dostępnym online.